Friday, 16 February 2018

Czwarta po południu


Czwarta po południu
deszczowy dzień grudniowy
zbyt ciemno by czytać dalej
zapalasz lampę
parzysz herbatę
nim wrócisz do księgi
patrzysz przez okno
na blok mieszkalny naprzeciwko
gdzie nie pali się żadne światło
nikt nie czyta
opuszczasz rolety
jesteś sam

Thursday, 8 February 2018

Jeszcze nie teraz


Gdyby śmierć istniała czy żylibyśmy tak
jakbyśmy mieli nigdy nie umrzeć?

Dusza przyjmuje kształt naczynia
ciepło przenika przez ścianki.

Suchy uścisk ręki wydaje się śliski
kiedy pada mokry śnieg.

„Minstrele na błotnistych drogach
śpiewają jak drozdy”.

Mówisz to nie do mnie lecz do szumu deszczu
muzyka strun głosowych i bębenków w uszach.

Zmarszczki na wodzie odbicia w lustrach
wiatr płynący przez dziurawe koryta.

Jeszcze nie teraz skóra przy skórze
w długiej trawie rozkoszny smutek sierpnia.

Czas zostawia za sobą popsute zegary
one wciąż tykają one wciąż cię napędzają.

Nie umrzesz śmiercią naturalną taka nie istnieje.
Jeszcze nie teraz to dopiero początek

cięcie nową żyletką którego nie czujesz
ból pojawia się później i krwawienie

kiedy nie można go zatrzymać.
A ty już jesteś poraniona

o rozbity jak szkło świat
kostki lodu grzechoczą w kielichu.

Nabrzmiała rzeka z wierzchu spokojna
twarz po długim płaczu.

Friday, 2 February 2018

Samotny pacjent


Nocne niebo skrzy się guanem nietoperzy
góra skrywa twarz spod ciemnej gwiazdy
w jasnej chuście pierzastej chmury.

Jego powieki zamykają się i otwierają
jakby mruganie było świadomym aktem
wymagającym podjęcia poważnej decyzji.

Kiedy się to wszystko widzi
ultrafiolet dnia
podczerwień nocy.

Wstrzymując oddech w pianie dmuchawców
śledzi zmianę z zapartym tchem
świat sinieje
na chwilę przed zdmuchnięciem.

Cichym głosem terapeuta kończy opowieść o umieraniu
koloryzuje jesień
ślizga się na zgniłych liściach
i głośno przeklina.

Podarte nitki znoszonego swetra
drgają jak uszkodzone nerwy
diagnoza goni własny cień
jak cień goni za nim kobieta
której wyrwał torebkę z biodra
z nagła

łyskają kontury lakierowane światłem
niebo zaciąga się papierosem
w środku zostaje to co niebieskie
na zewnątrz biały dym i para.

Dawno temu przestał się modlić
do świętego obrazu samego siebie
zatwardziały ikonoklasta.


Thursday, 25 January 2018

Blizna


Na złotawym ramieniu
jasna blizna po szczepieniu
jakby ktoś przyłożył srebrną monetę
orzeł czy reszka.

Wzruszenie ramion w odpowiedzi
jedyny rodzaj wzruszenia.
Przed smutkiem rozstania
można się jeszcze schronić
pod wiosennym prysznicem.

W przeszłości wszystko było lepsze
zwłaszcza przyszłość
przyszła i przeszła
późna jesień wczesna zima
deszcz usiekł suchą trawę
w czas sianokosów.

Soczysty granat ważki wiszącej nieważko
w ciężkim od miodu powietrzu południa
nad czarną źrenicą wodnego oczka
którą zamyka zielona powieka rzęsy.

Na lampce nocnej małe ćmy
rzucają wielkie cienie
wrażenia miękko stąpają po ścianie.

W biały dzień nawiedza dom
wizerunek człowieka którego kochają
ci którzy kochają nienawidzić
włosy koloru moczu
odwodnionego wielbłąda
jakby ktoś to ujął
w inny sposób.


Thursday, 18 January 2018

Koniec lata


Muchy uderzały głowami w szybę
jakby chciały się zabić.

We wrześniu pękłaś jak bańka powietrza
na powierzchni jeziora w deszczu.

Ulotniła się dusza
rozpłynęło ciało.

Gdybyś w trumnie otworzyła oczy zobaczyłabyś
niebo wymalowane na suficie przez Anioła.

Tamta wiejska dziewczynka to ty ozdabiasz krowi placek stokrotkami.
Jeszcze nie umarłaś dopiero pogrzeb cię zabił.

Ptaki nie mrą w locie boby pospadały
oddają ducha gdy są nieżywe.

Ciemny sekret ciała wyciekał co miesiąc
zamknęłaś się w sobie

z zewnątrz pachniałaś jak ogród
na wietrze wczesnej jesieni.

Na dłoniach została woń metalowych poręczy
miedziane pnie buków deszcz pokrył grynszpanem.

Ten dąb konał dłużej niż trwało całe życie
stał martwy pośród mijanych sezonów.

Nie można oswoić się ze śmiercią tylko żyjąc
jedynie ci co umarli co najmniej raz mogą przywyknąć.

Nie zawsze.


Friday, 5 January 2018

W pociągu ekspresowym


Ona siedzi w pociągu ekspresowym
znikąd donikąd.

Kremowa karnacja
platynowe włosy suchej jesieni
zgniłozielone spodnie wiejskiego stawu
czarne buty na podkutym obcasie
bławatkowy sweter z cienkiej wełny.

Jej wskazujący palec
z ciemnosinym lakierem na paznokciu
muska czuły ekran
puka opuszką
z niepowtarzalnymi liniami papilarnymi
w imiona tych z którymi
rozmawia o niczym szczególnym
zabijając czas podróży
znikąd donikąd.

Lekko garbaty nos
przedłużone rzęsy
fioletowa szminka
delikatny róż na policzkach.

Umysłowa dromaderka
może obejść się bez kropli tego
bez czego ja nie mógłbym żyć.

A jednak
pręty czerwonego słońca
na jej październikowych nogach.

Wyboista ścieżka na pogórzu
wydeptana w zagłębieniu kręgosłupa
schodzi na dno doliny wciętej
między dwa uprawne pagóry
gdzie spod butwiejących liści
bije gorzkie źródło.

Tamtą bezludną drogę
do starości i śmierci
przesłaniają melancholijne widoki
przez okno ekspresu
znikąd donikąd
który kołysze jak matka
niosąca dziecko.

Zapada zmierzch
przytula nas senność.


Thursday, 28 December 2017

Boucher


Z kolei mój wzrok
pada na regał z albumami malarskimi.
Caspar David Friedrich,
może jutro będę miał
też na niego ochotę.
Teraz wyjmuję francuskie
malarstwo rokokowe.
Bukoliczne obrazki
rodzajowe nad potokiem
albo sceny w buduarze.
Nikt tak jak Boucher
nie umie malować kobiecej
tłustej pupy.